niedziela, 2 marca 2014

Wróciła! :)))

Przede wszystkim chciałam gorąco podziękować za wsparcie i ciepłe myśli. Aż się cieplej robi na sercu jak tyle dobrych osób nas wpiera, choćby i na bardzo dużą odległość. Ale przecież odległości są nieistotne dla dobrych fluidów i ciepłych serc!

Zanim będzie o Żabci napiszę co u Nastki i Zuzy.
Do rany na łapce Nastki zostały wczoraj podane kolejne leki miejscowo i już nie ma opatrunku. Doktor nie zdecydował się na pobieranie krwi ze względu na jej stan ogólny. Dobra wiadomość jest taka, że o ile w czwartek miała temperaturę za niską o 1 stopień, tak wczoraj tylko o pół stopnia.
Zbliżenie na łapkę
Niestety jest smutna i przygaszona. Nie bardzo ma apetyt. Nosem kręci na karmę z puszki. Jadła mięso z kurczaka, ale też już nie bardzo. Rano tylko 2 kawałeczki skubnęła. Być może to z powodu odrobaczenia - dostała te leki, bo ybyc może jej chudość i kiepski stan własnie z powodu robali. Nie wiem, ale martwie się o nią. Podaliśmy lek wzmacniający i śpi teraz.

Zuza ma wyniki mocznika i kreatyniny w górnych granicach normy. Jeśli wystarczyło krwi (straszny cyrk Zuza zrobiła i ledwo się udało tą krew pobarać) to być może zostaną jeszcze wykonane badania związane z tarczycą. Na razie przestawimy kicię na dietę dla narkowców i podamy leki. Będziemy ją obserwowac i kontrolować.
Zuza udowadnia, że można się zmieścić w każdym pudełku ;)

Czas na historię Żabci. Czemu ma takie imię wyjaśnia to zdjęcie ;)

Wczoraj pół dnia latam po wsi. Drogą (ulicą) i po opłpotkach w poszukiwaniu Żabci.Wieczór spędziłam na "kicianiu". I nic. Kolejna noc kiepsko przespana. Rano wyglądanie z nadzieją, że może jest, może czeka żeby ja wpuścić na śniadanie. Nie ma :(.
Około 9 siedziałam z robótką i tłumaczyłam sobie w myślach, że ona przecież żyła dziko zanim została złapana i przyniesiona do nas, że jest łowna i sobie świetnie radzi na dworze, że... Mąż wyszedł po drewno do kominka i wrócił z Żabą na rękach :).
Została wyściskana, wygłaskana na co zareagowała zdziwieniem, bo ona owszem da się pogłaskać, ale na rekach byc nie lubi zbytnio. Ona z tych :"Jak chcesz mnie pogłaskać, to proszę, ja nawet pomruczę, ale żebym sie miała o głaskanie dopominac, to już nie" ;)
Coś tam zjadała, ale głodna na pewno nie była. Futerko czyste, brak śladów po bójce czy czymś podobnym. Po kilku minutach siedziała pod drzwiami i prosila żeby ją wypuścić. Strasznie się łamałam przez półtorej godziny. Teraz znów gdzieś lata. Na poczatku kręciła się po podwórku, "opalała" na ławce, a teraz gdzieś poszła. Znów się boję, ale... nie miałam sumienia patrzeć na te błagalne oczy. Ot taki człowiek durny :(.
Myśmy z Żabcią dużo przeszły. Miała po oswojeniu iść do adopcji, ale... W międzyczasie okazało się, że kota jest w ciąży. Taka była chuda,że po raz pierwszy pomyślałam o takiej możliwości może z tydzień, dwa przed porodem ;/.
Na tym zdjęciu jest tuz przed porodem.
Jak "się zaczęło" to byłam sama, bo mąż w delegacji. Jędrus miał wtedy 7 miesięcy. Jakaś 6.30 może 7 rano kota płacze, krzyczy w niebogłosy a maleńki czarny ogonek pojawia sie i prawie znika. Telefon do weta, a ten mówi masuj brzuszek. Masuję, ale niewiele pomaga. Nigdy nie zapomnę wyrazu jej oczu. Niestety masaż nie dał rezultatu. Pakuję zatem Jędrka i Żabcię do samochodu i jazda do lecznicy. Oksytocyna też nie bardzo działa. Decyzja - cesarka. Urodziła 2 koteczki. Frogsona i Maleństwo.
Pierwsza doba była bardzo ciężka, bo biedulka nie miała sił się zajomać dziećmi więc biegałam między synkiem a kociakami. Karmiłam na zmianę ;). Ale się udało. Na drugi dzień rano Żaba przejęła obowiązki matczyne :).
I troszkę później.
Jak jej maluszki podrosły, to adoptowała jeszcze trójkę, którą jakiś "człowiek" wywalił w kartonie na łąkę. Miała już chyba mało mleka, a te brzdące gryzly ją do krwi. Płakała z bólu, a i tak karmiła. Jest kotem kompletnie bezkonfliktowym. Nigy się z nikim nie bije, nie syczy, przy rozdawaniu smakołykow trzeba ją brać na bok i przypilnować żeby jej reszta nie okradła, bo zpychola potrzafią jej zabrać, a ona i tak nic "nie powie". I jak tu oddać takiego kota? Jak jej nie kochać?
Niestety z całej piątki przeżyła (nawer nie chcę tego wspominać) tylko dwójka. Frogi i Gusia (córeczka adoptowana).
Też zostały z nami i nie raz będe o nich pisać.

Po tych nerwach należy się nam jakiś relaks więc zapraszam na herbatkę i faworki lane.
Robiłam je po raz pierwszy. Banalnie prosty przepis pochodzi z książki "Cisata domowe" Barbary Bytnewiczowej. Choć nie ma wałkowania, wycinania itp. to i tak kuchnia "jeździ" jak się mówi u mnie w domu ;)
2 duże jajka
1 łyżka cukru (dalam waniliowy)
szczypta soli
1 szklanka mąki
1 szklanka mleka
Robimy dość gęste ciasto (jak naleśnikowe) regulując gęstość ilością mleka.
Wlałam od razu całą szklankę i musiałam dosypać sporo mąki, bo jajka miałam naprawde duże.
Rozgrzewamy tłuszcz i wlewamy ciasto przez lejek poruszając nim spiralnie. Jak widzicie moje ciacha spiralne nie są, bo poszłam "na żywioł". Osączamy na ręczniku papierowym i posypujemy cukrem puderm.
Smacznego! :)
Proszę o dalsze kciuki za Nastusię.
Życzymy Wam cudownej niedzieli! :)


20 komentarzy:

  1. Biedna Nastka, trzymam kciuki bardzo mocno!
    Urocze masz te kociaki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano biedna, biedna. A kociaki zawsze są urocze ;)

      Usuń
  2. No i cudnie!
    Koty niechaj zdrowieją i nie dostarczają więcej smutków i strachów a ciacha chyba dziś wypróbuję :)

    OdpowiedzUsuń
  3. O kurcze - wróciła i poszła - ty to masz problem - pewnie ciągle się martwisz. Ale jak wróciła raz to wróci znów - trzymam mocno kciuki za wszystkie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kręci się po podwórku i ogrodzie, leży na słonku razem z reszta bandy. Mam zamiar zwinąć je do domu zanim się ściemni.

      Usuń
  4. Jak ja lubię bywać u Ciebie, Gdzież te koty miałyby lepiej. Trzymajcie sie wszyscy.

    OdpowiedzUsuń
  5. Moj Boze., ale mialas pracowita noc. twoj maly synek i kpoteczki, trzymam kciuki za WSZYSTKIE KOTKI, jestes bbaaaaaaaaaaardzo dzielna i odwazna kobieta, sama z tym wszystkim u mnie dzis muffinki z dzemem ananasowym i kolejne koszyczki i sweterek, pozdrawiam cieplo. ania

    OdpowiedzUsuń
  6. Prawdziwie "kocia mama" z Ciebie:)I dobrze!!!!:)

    OdpowiedzUsuń
  7. Czytalam jednym tchem. Wasza Żabcia jest niesamowita i podobna do niej wydaje się byc Nastusia. Nadal trzymam mocno kciuki za zdrówko kici.
    Ściskam Was :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niesamowita, to prawda. Nastka nie jest taka spolegliwa i potrafi naprychać na inne koty.

      Usuń
  8. Muszę powiedzieć ci że masz ogromne serce dla tych kociaków, podziwiam. Wiem ile nerwów kosztuje kiedy sierściuch ucieknie z domu i nie ma go. W zeszłym roku moja Blondi też wyszła na spacerek i zgubiła się szukaliśmy jej cały dzień, znienawidziłam białe reklamówki bo myślałam żę to mój biały kot siedzi w trawie, ryczałam jak głupia ale kocie znalazło się, na szczęście. Teraz pilnujemy jej jak oka w głowie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za ciepłe słowa. Czasem ciężko upilnować kota. Ja mam ciągły dylemat, bo widze ile radosci sprawia im bycie na dworze, ale zdaję sobie sprawę z niebezpieczeństw...

      Usuń
  9. Nadal trzymam kciuki za koteczki. A Twoje i Żabci perypetie z maleństwami - rany! Jesteś dzielna kobieta. :) I jeszcze z małym synulkiem u boku. Ach, te nasze zwierzyny kochane, ile nam czasem przysparzają trosk i trudu, ale tak jak mówisz: nie da się nie kochać.
    Bardzo ciepło pozdrawiam Cię, Jo-Hanah. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ze zwierzakami jak z dziećmi i radość i zmartwienia ;)

      Usuń
  10. Dobrze, ze wróciła :)
    Moja Mika też 4 lata była kotem wychodzącym. A że mieszkamy w bardzo niebezpiecznym dla zwierząt miejscu (tory kolejowe, główna droga), codziennie niemal umierałam ze strachu o kotkę. Gdy po sterylizacji musiała 10 dni być w domu, podjęliśmy decyzję, że już jej nie wypuszczamy. I tak została kotem niewychodzącym. Jakoś to przeżyła;)
    No, ale ja mam tylko jednego kota :)
    Trzymam nadal kciuki za Nastkę, niedobrze, że nie ma apetytu :(
    I za Zuzę. Oby było lepiej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie wioska spokojna, bo z boczku, ale one i tak polami dochodzą do głównej drogi. Ile już razy latałam i przeszukiwałam rowy przy tej drodze nie zliczę. Obawiam się, że sąsiadzi maja mnie za kompletna wariatkę, ale co tam ;)

      Usuń

Dziękuję, że do mnie zaglądasz i pozostawiasz ślad. :)